hutnia.pl

hutnia - geneza

..." Pradziadowie sprzed tysiącleci nie byli tylko trawieńcami, uprawiającymi rozpłód. Byli, przy niewielkich szansach rozwoju, myślącymi istotami. Przeżycia niematerialne, abstrakcja, wierzenia, pochówki, animacja sił przyrody, wynalazczość to epizody znaczące kroki człowieka."...

Włodzimierz Sedlak, "Człowiek i Góry Świętokrzyskie"


Próbując odtworzyć starożytny proces pozyskiwania żelaza w Górach Świętokrzyskich, jako najważniejsze założenie przyjąłem: "Nie wypełniaj braków w układance niczym, na co nie ma dowodów lub prostego uzasadnienia. Myśl jak prahutnik, korzystaj z takich samych materiałów i narzędzi jakimi dysponował człowiek kultury przeworskiej. Upraszczaj wszystko do bólu".  Byłem świadom, że proces produkcji żelaza nie był kontynuacją umiejętności posiadanych przez metalurgów epoki brązu i nie przywędrował też na te ziemie jako technologia zapożyczona od innych kultur.. Zbyt wiele cech różni ją od sąsiadujących okręgów hutniczych z tamtych czasów. Nie była też wynikiem czysto naukowo przemyślanej procedury opracowanej przez i na potrzeby lokalnej społeczności. Postrzegam ją raczej jako kompilację przypadku i świadomych poszukiwań. Ta reguła odnosi się niemalże do wszystkich wynalazków ludzkości. Miałem również świadomość, że technologia produkcji żelaza nie zrodziła się jedynie jako przypadkowe, pionierskie odkrycie i jej kolebką nie są Łysogóry. Jak więc zrodziła się i doskonaliła przez wieki umiejętność produkcji żelaza w Górach Świętokrzyskich? Mocno upraszczając, jestem zdania, że był to proces po części podpatrzony u sąsiadujących ludów/plemion, którego pewne tajniki jakimś sposobem poznano i uzupełniono własną wiedzą. Tym samym pewne cechy technologii są wspólne i uniwersalne, a inne zupełnie różne - charakterystyczne dla konkretnych społeczności i ich kultury technicznej. Prawa fizyki nie podlegają etnicznym zróżnicowaniom, są stałe i oczywiście były wspólnym mianownikiem różnych metod produkcji żelaza i budowy pieców na całym świecie. Narzędzia, technologia i zaplecze materiałowe zaś mogły i zdecydowanie różniły się, na co wskazują mocno zróżnicowane cechy odkrywanych zabytków - nie podlega to dyskusji. Wyruszyłem więc wyobraźnią w gąszcz prastarej świętokrzyskiej puszczy jedynie z siekierą w ręku, by posiąść jakże fascynującą i cenną tajemnicę prahutników.

W pracy badawczej na pierwszy rzut poszła literatura naukowa. Wszechobecna interpretacja znalezisk i naukowe zakalce zacierały istotne ślady. Podróżowałem więc do bibliotek, muzeów, instytutów, surfowałem w necie, wszystko w poszukiwaniu nieobrobionych, surowych danych. Nabyłem dziesiątki publikacji, a ksero stało się moim najlepszym przyjacielem. W głębi wiedziałem już czego szukam, ale była to myśl tak przewrotna, że bałem się jej głośno powiedzieć, bo sam bym się wyśmiał. Może kiedyś zdobędę się i odtworzę ewolucję mojej myśli, ale krok ten jest zbyt śmiały, by go dziś wykonać. Jest jeszcze tyle niewiadomych, które stoją w kolejce. Wolę tymczasem zupełnie fantazyjnie naszkicować hipotezę jak to mogło się urodzić i ewoluować przed tysiącami lat...  Być może moja fantazyjna geneza nie jest aż tak nieprawdopodobna jak się to wydaje badaczom tematu. Tym bardziej, że można ją z powodzeniem odtworzyć.

... Wyobraźmy sobie naszego prapradziada, który zamieszkując pokryte gęstym lasem góry, starał się utrzymać przy życiu uprawiając z trudem wyrwaną puszczy rolę, polował na dziko żyjącą zwierzynę i korzystał z dobrodziejstw runa leśnego. Nie miał chociażby jak jego sąsiedzi na Ponidziu, żyznych ziem, darów rzeki ani łagodniejszego mikroklimatu. Spędzał większość życia wędrując po lesie w poszukiwaniu kolejnej porcji jedzenia czy materiału na przyodziewek. Mieszkał w prostych drewnianych chatach-ziemiankach, posługiwał się prostymi narzędziami i czerpał wodę z górskich strumyków. Przyglądał się jednak przyrodzie z uwagą, bo to od jego bystrości zależał byt całego rodu w którym żył. Mając świadomość swojej maleńkości wobec sił natury starał się zaskarbić u niej przychylność, wyprosić łaski i złożyć podziękowanie, gdy los nie doświadczał go zbyt mocno. Żył według pór roku, dnia i nocy, z pokorą i wiarą w lepsze jutro. Nie nękali go przybysze, bo biedny był i nic nie mogli mu odebrać oprócz życia. Cały skarb jaki miał to las, góry, strumienie i kamienista ziemia. Sprytem swoim wykorzystywał dary dane mu przez Góry...

... Wymiana handlowa i kontakty z sąsiednimi plemionami poszerzały horyzonty naszych przodków. Żelazne narzędzia a wraz z nimi skrawki opowieści o metodach ich produkcji, przenikały z biegiem czasu w coraz dalsze zakątki Europy. Tam gdzie docierały, pragnienie posiadania tajemnicy produkcji żelaznych motyk, siekier czy mieczów musiało inspirować. Kompilacja własnej wiedzy i doświadczeń czasami nagradzała wyjątkowo cenną umiejętnością, która miała w tamtych czasach wymiar niemalże magiczny...

... Obserwacja przyrody to klucz do wielu zagadek. Korzystanie z jej dobrodziejstw to filozofia życia. Wiedzieli o tym nasi przodkowie. Ileż korzyści płynęło chociażby ze znajomości życia pszczół. Pierwotni pszczelarze znali ich zwyczaje, wplatali w nie podkradanie miodu i doskonalili raczkujące bartnictwo. Z czasem zaczęli rozmnażać roje, szukając sposobu na pozyskanie większej ilości miodu. Do tego niezbędne były nowe ule. Dziko żyjące pszczoły zakładają ule w starych pniach drzew, toczonych od wewnątrz chorobą, czyniącą w nich pustkę. Dziupla była najlepszym dla pszczół schronieniem. Ot stare drzewo zgnilizna toczy, próchnieje od środka i tyle. By proces tego próchnienia przyspieszyć, ul do rozmiarów dla pszczół potrzebnych wykonać, starożytny bartnik drążył go mozolnie piesznią lub ogniem wypalał jego wnętrze. Tlące się drewno powiększało przyszłą dziuplę, oczyszczając środek drzewa z resztek próchnicy, grzybów i wilgoci. Wystarczyło potem włożyć do środka pochwycony rój, zachęcić podłożonym pokarmem i kolejny ul blisko domostwa mieć do dyspozycji. Lecz jak się ogień podpala to trzeba go zagasić w odpowiedniej chwili, bo pień przepalić na wylot można. Nic trudniejszego - wystarczy kilka garści ziemi sypnąć i ogień zdusić. Jakież było zdziwienie pierwotnego pszczelarza, gdy ziemia ta, poddana próbie ognia, w jednolitą bryłę się połączyła. Bryłki „ziemi i kamyków” zlepiły się i utworzyły coś do tej pory niespotykanego. Próba rozbicia zaś tejże bryły odsłoniła połyskujące drobinki, które miejscami w większe kawałki się łączyły, dając materiał, którego właściwości zachwycały. Kolejne próby przy całej masie ich niepowodzenia, pozwoliły zaobserwować jak rodzi się w drzewie nieznana substancja, jak ogień wypędza z „rudej ziemi i kamieni” nieczystości i zostawia dar nad dary...

...Opowieści o podpatrzonych glinianych piecach zasypywanych specyficznym rudym kamieniem, z którego ogień wyganiał złego ducha zostawiając w darze cenne żelazo, starły się być może z wiedzą łysogórskich bartników, drwali i cieśli. Misterne kawałeczki układanki nabrały sensu, dojrzały i otworzyły nową erę w życiu naszych przodków. Mimo biednego, drewnianego warsztatu, ledwie uszczelnionego glinianą polepą, opanowano technologię, która do dziś dnia mimo swej prostoty wydaje się nieprawdopodobna. Wszystkie ślady jakie po sobie zostawiła świadczą na jej korzyść...

Starożytne świętokrzyskie piece do pozyskiwania żelaza były wykonane przede wszystkim z drewna, a raczej z drzewa. Pierwszy raz powiedziałem te słowa głośno do moich przyjaciół w marcu 2010 roku. Zaprosiłem ich do mnie, posadziłem przed sobą, wyjąłem przedszkolną tablice mojego synka i sięgając co chwilę do sterty książek argumentujących mój pomysł, przedstawiłem koncepcję budowy pieca i jego pracy w hutni. Musiałem to zrobić, bo dłużej w mojej głowie tej myśli utrzymać nie mogłem. Była tak uciążliwa jak paw po ostrej imprezie. Tego dnia też chyba pierwszy raz głośno powiedziałem słowo hutnia. Moje mocno chaotyczne wystąpienie i wywołana nim dyskusja przeciągnęły się do południa następnego dnia. Pamiętam słowa kolegi, który poprosił, by nie mówić nic więcej o piecach i wytopie, bo mu mózg wybuchnie. Sedlak mawiał, że myślenie nie boli i od niego nie można dostać zakwasów mózgu. Ja jednak byłem bliski takiego stanu. Obnażyłem się więc przed bliskimi z pomysłem jaki w głowie od niedawna skrywałem. Wspólnie doszliśmy do jednego wniosku: by rozładować napięcie i dowieść racji, potrzeba teorię zamienić w praktykę.

... Nasi pradziadowie mieli mnóstwo czasu, by eksperymentować z ogniem, rudą i pniami drzew. Materiału mieli pod dostatkiem. Zaczęli doświadczeniem zdobywać wiedzę. Poznali jaka "ruda ziemia" najlepiej żelazo oddaje, że są w niej „kamienie” lepsze i gorsze, że proces na prędce robiony miernym efektem się kończy, że trzeba mu spokoju i czasu, że wiatr pomaga czasami, a innym razem przeszkadza. Przeprowadzenie zaś w jednym pniu kilku prób na raz odkryło możliwości jakie daje kaskadowe zasilanie palenisk. By nie zakłócać życia w lesie i nie potrzebnie ognia nie zaprószyć, wyniesiono pień drzewa na otwartą przestrzeń i podjęto się kolejnych prób. Powoli doskonalono technologię. Jakaś nieodparta siła poznania pchała ich do kolejnych eksperymentów. Miało to wymiar magiczny, jakby łączący dotychczas prostego człowieka z nadprzyrodzonym. Pracownicy ognia zyskali szacunek w oczach społeczeństwa, zaczęto ich postrzegać przez pryzmat magii i tajemnej mocy. Strzegli swoich tajemnic pilnie. Z pokolenia na pokolenie przekazywali swoje doświadczenia czyniąc w swoich potomkach spadkobierców technologii. Żyli w pokorze świadomi, że nie wszystko od nich samych zależy. Nie tylko bystre oko i doświadczenie są kluczem do sukcesu hutnika. Pogoda była kluczowym czynnikiem dającym gwarant udanego procesu. Wiatr, który napędzał hutnię, jego ścieżki ulubione, jego siła i kierunek, były więc nie do przecenienia.  Szukano go w górach, w polu. Proszono o przychylność, by pomógł,  darzył, by zamieszkał w miejscu w którym hutnie budowano. Hutnia jak dom dla wiatru została darowana. Gdy on się do niej przekonał, zamieszkał świszcząc w jej trzewiach ku uciesze hutników. Gdy wiatr odchodził hutnia przygasała w oczekiwaniu na jego powrót. Modlono się o jego łaskę, by całego trudu na marne nie skazać. Wszystkie zabiegi miały przecież wymiar magiczny, nie postrzegano ich w kategoriach fizyki i chemii. Misterium to potrafił przerwać nieproszony gość - piorun. Uderzał w nadziane "żelazem" piece wystawione na skłonach, swym gromem spustoszenie czyniąc, jakby przypominając maluczkim ich odwieczną pozycję. Śmierć i zniszczenia po takim ciosie były prawdziwą lekcją pokory. Woda zaś była zawsze lekarstwem na wszystko. Płynąca u podnóży hutni pomagała gasić pożary, schładzać piece i ogień w ryzach trzymać. Gasiła pragnienie i oczyszczała zarówno rudę jak i strudzone pracą ciała hutników. Lśniły przez wieki skłony górskie, gdzie na wykarczowanych polanach, w dymie, misterium metalurgiczne przodkowie nasi czynili...

W kwietniu 2010 roku ruszyliśmy w góry, by eksperyment wykonać i sprawdzić czy teoria idzie w parze z praktyką. Po zdobyciu pierwszej lepszej (jak się okazało GORSZEJ) rudy żelaza, co nie jest dziś prostym zadaniem, z kołatającym sercem czekałem dnia kiedy piec uruchomię. Pierwszy piec, który stanął w Jeleniowie, ruszył od pierwszej iskierki. Wykonany z całą masą błędów, które wyszły w trakcie jego pracy i tak zachwycił nas swoimi właściwościami. Temperatura, która bez problemu pozwoliła na upłynnienie skały płonnej, wytrzymałość na spalanie mimo, że wykonany był tylko z drewna, czas pracy, a raczej życia, potwierdziły większość założeń teoretycznych. Ujawniły się wady, które jak sądziłem uda się w kolejnych próbach uniknąć. Kolejne "wytopki" to zadziwiały, to przynosiły porcję problemów. Mimo, że bez problemów udawało się uzyskać temperatury powyżej 1200 stopni Celsjusza – do takiej temperatury mierzył miernik z sondą bagnetową, która szybko się spaliła – podstawowym problemem było utrzymanie ognia w miejscu gdzie dysze dostarczały powietrza. Zaznaczam, że wszystko odbywało się na dmuchu naturalnym i przy nie koniecznie sprzyjającej pogodzie i lokalizacji. Opanowanie ognia, by nie wędrował po piecu bez pełnej kontroli było najtrudniejszą sztuką. Większa staranność w wykonaniu pieca pozwoliła wydłużyć jego życie do 30 godzin pracy, choć dziś wiem, że może to trwać o wiele dłużej. W efekcie po kilku próbach znacznie wyprzedziłem naszych naukowych poprzedników na dodatek z zupełnie realnym zestawem na wejściu, a to utrzymywało mnie w poprawności poszukiwań. Udało się doprowadzić do redukcji tlenków żelaza i upłynnić skałę płonną ale wartego uwagi kęsa metalu mimo tego nie uzyskałem. Bardzo ważnym okazał się upór w interpretacji układu pieców. Ich porządek stanowił wskazówkę, że ze sobą współdziałały, że stanowiły całość i to nieprzypadkową.

... Być może pierwszy raz nasi przodkowie zetknęli się z nieznanym dotąd palnym gazem właśnie przy wypalaniu pni na ule. Proste do wykonania urządzenie, które zamieniało pień w pierwszy w historii ludzkości generator gazu drzewnego łatwo można odtworzyć. Wystarczy pień spróchniały zasypać drewnem drobnym, podpalić, przydusić rudą i pozwolić, by wiatr mocno owiewał ujście górnej części pnia, a podciśnienie jakie wywoła przepływ wiatru, gaz drzewny do góry wyciągnie. Zapalał się czasem uchodzacy gaz i prowokował swym blaskiem. Gdyby tak ten płomień okiełznać, gazem tym tak operować, by nie ulatywał bez celu, by jego energię na pracę użyteczną zamienić - głowili sie starożytni. Nie na marne...

Analizując współczesny proces wielkopiecowy i zjawiska chemiczne w nim zachodzące, nie mogłem pominąć wagi jaką odgrywa czas w którym ruda żelaza znajduje się w atmosferze redukującej tlenki żelaza, zanim dojdzie do samego wytopu. Istotnym jest również, że cały proces musiał odbyć się tak, by nie doszło do ponownego utlenienia żelaza, co przy zastosowaniu sztucznego dmuchu jest niemalże nieuniknione. Podnoszenie temperatury w piecu nie było najważniejszym zagadnieniem, bo nie potrzebowałem jej do upłynnienia metalu, a skałę bez problemu roztopiłem w pierwszych próbach. Skupiłem się więc na wydłużeniu procesu i jego jakości pod kątem redukcji tlenków. Jak zapanować więc nad piecem w którym pali się bez opamiętania? Jak wydłużyć czas obcowania rudy z gazem redukującym bez zakłócenia procesu nagłym pojawieniem się ognia? Rozwiązanie okazało się zaskakujące i przyszło w nieoczekiwany sposób. Miałem nieodpowiednie paliwo. Potrzebowałem mniej palnego, a mającego podobne właściwości. Może to zabrzmi dziwnie ale poszukiwanym paliwem okazał się nie węgiel drzewny tylko... drewno. Proces zgazowania drewna i wykorzystanie go zamiast węgla drzewnego, wyznaczył zupełnie nowy kierunek poszukiwań. Lawina zdarzeń i brzask zamienia się w świt. Czułem jakbym przesiadł się z naukowego Komarka na Hayabusę. Kolejnym etapem było połączenie kilku pieców w ciąg technologiczny, w którym najpierw długotrwale gazujemy i wygrzewamy rudę, by na koniec wytopić z niej skałę płonną. Połączone w kaskadę piece i generatory, to idea działania hutni. Głównym paliwem jest drewno. Piece są z drewna. Dmuch jest naturalny, choć nie przypadkowy. Wytapiamy skałę, a nie metal. Czy to choć trochę przypomina dotychczasowy stan obowiązujący w nauce?

Nauka jazdy na Hayabusie okazała się jednak dość trudna. Problemy z stabilizacją ciągów i podciśnień w piecach i generatorach zrodziły w kolejnych eksperymentach model pieca w którym generator gazu drzewnego był w dolnej części pieca a w górnej zachodziło spalanie gazu, redukcja tlenków i wytop skały płonnej. Sąsiadujące piece dostarczają owszem gazu do sąsiadujących ale nie jest to tak proste w realizacji jak pierwotnie zakładałem. Kluczowym zagadnieniem wokół krtórego się skupiłem to zastosowanie zwężki Venturiego i jej właściwości do połączenia pieców i wzbogacania paleniska w tlen. 

... Rodziła się więc w zamierzchłych czasach technologia, która do dziś wprawia w zachwyt. Rozpalony piec wystawiony na wzniesieniu, smagany wiatrem od góry, ciągnął powietrze od dołu jak szalony. Wystarczyło ten łakomy piec drewnem nakarmić, by jego żar dodatkowo podniecić i nadmiar gazu wyprodukować. W talii pieca zać gdzie żywioł prawdziwy z ognia powstawał nieznana siła zasysała powietrze i topiła wsad jak śnieg wiosenny. Jakież było zdziwienie i radość gdy kolejne próby pozwoliły na spotęgowanie żaru w piecu za pomocą jego brata bliźniaka stawianego tuż obok. On to, przypominający pracą zduszoną fajkę, cugiem poprzednika napędzony, startował jako dawca, by po czasie zając jego miejsce w procesie. Palące się drewno pień sam korzystnie wypalało powiększając jego czeluść, by mogła więcej wsadu doń przyjąć. Ruda zaś w nim umieszczona miała szanse długo i nie niepokojona przez ogień, w tymże otoczeniu przebywać. Zauważono pewnie w setkach prób, że im dłużej ruda w przepływającym przez nią gorącym gazie była, tym lepszy efekt finalny wytopu. Łączono więc piece w kaskady, szeregi i inne kombinacje. Tak się w tym wyspecjalizowano że proces cały pień trawił ostawiająć tylko resztki lessowej polepy.
Tak też trzy procesy skrzyżowały się w jednym urządzeniu – tlące się drewno gaz produkowało, który gorącem swym i właściwościami chemicznymi rudę żelaza przemieniał, by w pewnej chwili zapłonąć przegorącym ogniem i skałę upłynnić odsłaniając narodzone w niej żelazo. Wszystko to w porządku i pod kontrolą hutników wspomagał wiatr i umiejętne zabiegi. Mistrzowie hutnictwa doskonale wiedzieli, który z pieców ożywić, a który zdławić, odcinając mu dostęp powietrza do trzewi. Tak hutnia pracowała przed wieki...

Powszechnie wiadomo, że pierwszy generator gazu drzewnego powstał w XVII wieku. Wynikiem badań naukowców Solar Energy Institute w Colorado, Uniwersytetu Kalifornijskiego w Davis, Open University w Londynie, Buck Rogers Company i Biomass Energy Foundation na Florydzie w latach 80. XX wieku powstał generator gazu drzewnego z otwartą komorą. Właściwości przepływu gazów i cieczy sformułowano w XVIII i XIXw. Powstały wtedy zwężki, kryzy, rurki Pitotów, Venturich i Bernoullich. Ja zaś twierdzę, że one wszystkie były stosowane na skalę przemysłową w rejonie Gór Świętokrzyskich grubo ponad 2 tysiące lat temu. Były elementami składowymi pierwszej na świecie linii produkcyjnej żelaza. Znane były hutnikom świętokrzyskim zasady regulacji przepływu gazów z takimi jej kluczowymi elementami jak pojemności cieplne, zbiorniki wyrównawcze, tłumiki, filtry cyklonowe, osuszacze. Opanowano do perfekcji proces produkcji pod kątem recyklingu. Piece były same dla siebie paliwem, resztki z nich zasilały kolejne piece i oprócz żużla w ziemi i niewielkiej ilości kruchej polepy nie zostawał żaden niepotrzebny odpad. Doskonale znano prawo ciągłości przepływu i jego obecność w przyrodzie. Wykorzystywano aerodynamikę zboczy górskich. Posadowienie hutni w terenie to majstersztyk optymalizacji logistyki procesu. Geniusz osiągnięć technicznych wyprzedzał resztę świata w wielu branżach o tysiąclecia.

... Wiedli więc żywot hutniczy przez wieki. Czuwały przy hutniach kolejne pokolenia. Całe rodziny pomagały w opanowanym do perfekcji procesie i każdy miał jakąś robotę do wykonania. Byli wśród nich cieśle, drwale, byli górnicy, byli mistrzowie-hutnicy znający całokształt i tajemnicę procesu. Krzątały się przy hutni kobiety , skrapiając drewniane cielska pieców miotłami, by te nie pękały mocno wypalane od środka. Wyróżniali swoje hutnie i drzewa na nie przeznaczone znanymi sobie znakami. Czcili bóstwa w przyrodę wpisane, od których los ich wielce był zależny. Dla przybyszów z zewnątrz byli ludem tajemnym, czyniącym magię u stóp Łysogór. Swoją odrębnością i wiedzą zmieniali losy świata zaopatrując go w materiał na miecze i narzędzia gospodarskie. Nie budowali imperium z przepyszną architekturą, lecz wiedli spokojny żywot w kołysce między Kamienną, a Łysogórami. Obrośli przez wieki w legendy i podania, które skrywały ich tajemnice...

Eksperymenty rekonstrukcyjne z początku 2011 roku przyniosły nową porcję spostrzeżeń. Znacznie wydłużony proces redukcji i wytopu skały płonnej zaowocował nową myślą. Drewno użyte do budowy pieca kończyło swój żywot i całkowicie wypalało się przed zakończeniem procesu. Uczciwie muszę przyznać, że w takim wypadku nie można nazwać piecy drewnianymi w dosłownym tego słowa znaczeniu. Rola pnia drzewa, jego zalety i realne posadowienie w technologii są niepodważalne ale nie jedyne. Bez pnia drzewa budowa pieca byłaby udręką. Skonstruowałem po wiekach pierwszy piec z drewna i ożywiłem starożytną hutnię. Jej działanie potwierdziłem w mikroskali, ale jednak. Jest niesamowita. Mam świadomość, że jest przede mną teraz najtrudniejszy etap – budowa hutni w jej realnym wymiarze i pozyskanie żelaza na skalę godną naszych przodków. Tak. Nie uzyskałem konkretnego kawałka żelaza, bo wiem, że nie da się tego zrobić w pomniejszonym modelu. Mówię o tym głośno. To wszystko nadal jest przede mną. Nie zadowolą mnie drobiny, które gdzieś kryją się w żużlu. Potrzebuje prawdziwego kawału żelaza, którego ciężar mnie zaskoczy. Mimo, że mogę zrobić to sam, zachłannie zagarniając wszystko, co się z tym wiąże, kładę wszystkim na tacy moją ideę i dziele się dorobkiem. Nie ma czasu na egoistyczne zachcianki, gdy na piecowisku w Nowej Słupi budują kolejne kramiki i kolejne wycieczki karmione są ciężkostrawną papką. ... i najważniejsze dla mnie: wychodząc kolejny raz do lasu tylko z siekierą, mogę wrócić z żelazem w ręku. Jak moi przodkowie.

 ...Gdy staniecie koło hutni, w drgającym od gorąca powietrzu, wśród snującego się jak kadzidło dymu, odkryjecie swoje prawdziwe korzenie. Z żelaza. Zapuszczone w góry i lasy, które dla nich i przez nie są stworzone...

Mam świadomość w jaki sposób przywędrowałą w nasze góry technologia produkcji żelaza. Wiem, że nie jest to wynalazek ludzi zamieszkujących Łysogóry. Mówiąc o naszych przodkach w wyjątkowo luźnym ujęciu genezy procesu, nie zakreślałem specjalnie administracyjnych granic fantazyjnej opowieści. Poza tym ... w każdej bajce i legendzie jest odrobina prawdy...

Marcin Marciniewski

c.d. >>>